„Wikingowie. Wilcze dziedzictwo” Radosław Lewandowski
![]() |
Radowsław Lewandowski, Wikingowie. Wilcze dziedzictwo, Akurat, 430 ★★★☆☆☆☆☆☆☆ |
W moich recenzjach często narzekam na marketing - na strasznie denerwującą reklamę, mającą zachęcić czytelników do sięgnięcia po daną pozycję - ale dalej pozostaje na niego bezbronna, bo w momencie gdy widzę, że książkę porównują do innej mojej ulubionej powieści, czuję, że natychmiast muszę ją przeczytać.
Fabuła jest... skomplikowana i momentami ciężko było mi się w niej odnaleźć. Wikingowie od dawna mnie intrygowali, ale było mi z nimi nie po drodze, ale na szczęście w końcu nadarzyła się ku temu świetna okazja. Radosław Lewandowski, mający na koncie już kilka książek o tych skandynawskich wojownikach, postanowił przy wykorzystaniu rzeczywistych wydarzeń pokusić się o jeszcze kolejną. Nie mogę odmówić przygotowania autorowi - widać, że zna się na historii wikingów i przyłożył wielką uwagę do tego, by wszystko było zgodne z faktami; dla uwiarygodnienia posługiwał się nawet kilkoma innymi pozycjami przy tworzeniu książki. Cała powieść podzielona jest na prolog oraz cztery części, które łączą się ze sobą. Rozdziałów jako-takich w ogóle nie ma, po prostu w pewnym momencie następuje znak graficzny, oddzielający jeden fragment tekstu od drugiego. Wielką wadą tej książki jest to, że pan Lewandowski skacze sobie między wątkami, jeden opowiada z punktu widzenia innych osób. Zasadniczo wiem, o co mogło mu chodzić, ale szczerze? To w ogóle nie wyszło i wprowadziło chaos w książce. W pewnym momencie nawet nie wiedziałam, o czym czytam i musiałam wracać kilka stron wstecz. Było to strasznie męczące i przez to nie mogłam jej skończyć tak szybko, jak tego chciałam.
Irytował mnie trochę styl pisania, a głównie mam tu na myśli dialogi, które momentami były wręcz niesmaczne. Jestem przyzwyczajona do wulgarnego językach, szczególnie jeśli mowa o fantastyce, nawet uważam, że dodaje to większego realizmu książce, ale autor mógł sobie trochę odpuścić. Przykład? Sprawa do samego hovdinga, a nie do ciebie, synu niewolnika, gównożerco, którego matka wysrała niechcący do dołu z gnojówką, a ojciec urżnął sobie jaja, gdy zobaczył syna, ty ośliniony piętogryzie, psie skundlony, mężo i świniojebie, ty... Nie wiem, jak wam, ale mi trochę po tym brakuje słów, by jakoś to sensownie skomentować.
O bohaterach za wiele niestety nie napiszę, bo szczerze mówiąc, żaden nie zapadł mi w pamięć. Przez strony Wilczego dziedzictwa przewija się cała plejada różnych postaci, które nie wyróżniają się niczym szczególnym. Przez tę słabą kreację z żadną nie miałam się jak zżyć ani za żadną nie miałam jak zatęsknić, gdy jej rola w książce się skończyła. Byłam naprawdę obojętna na ich los. Przyszli, zrobili czy powiedzieli coś, co musieli, a potem poszli, a ja czytałam dalej, nie poświęcając im nawet większej uwagi w myślach. Jestem pewna, że znacznie lepiej oceniałabym tę książkę, gdybym mogła się do któregoś z bohaterów lepiej przywiązać lub gdyby wywoływaliby oni we mnie coś więcej niż obojętność i znudzenie.
Wikingowie. Wilcze dziewictwo mogłoby być znacznie lepszą powieścią i jest mi strasznie przykro, że w moich oczach wypada tak słabo. Od razu widać, że autor wykonał potężny research i bardzo przyłożył się, aby historyczna część książki wypadła jak najlepiej, jednak to za mało. Oprócz skrupulatnie ujętej (chociaż częściowo) historii tego ludu, mamy zbyt wulgarne słownictwo, czasami nawet za wiele zdań wielokrotnie złożonych oraz kompletnie nieciekawych i płaskich bohaterów; którzy nie wywołują u czytelnika żadnych emocji. Sama akcja momentami nudzi, a fabuła jest skomplikowana i wszystko się miesza. Daleko tej książce jest do Gry o tron... Zdecydowanie nie polecam.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat.
Wyzwania:
Czytam, ile chcę