„Krew i stal” Jacek Łukawski
![]() |
Jacek Łukawski, Krew i stal, 384, SQN ★★★★★★★☆☆☆ |
Jacek Łukawski z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarno-prochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. „Krew i stal” to jego debiutancka powieść, stanowiąca pierwszy tom serii Kraina Martwej Ziemi.
Sto pięćdziesiąt lat temu rzucono potężną klątwę, w wyniku której powstała Martwa Ziemia - kto ją przekroczy, ten zginie. Mimo to z twierdzy granicznej wyrusza oddział żołnierzy, by odnaleźć coś, co zostało ukryte w starym klasztorze u podnóża Smoczych Gór. Jednak ani stary dowódca Dartor, ani żołnierze nie znają prawdziwego celu misji. Zna go tylko tajemniczy Arthorn, który w ostatniej chwili został przysłany przez Garharda - prawą rękę króla.
„Krew i stal” zaczęłam od razu czytać, jak ty złapałam ją w moje łapki, ale coś nie zaskoczyło. Pierwsze sto stron, delikatnie mówiąc, były ciężkie i najchętniej rzuciłabym tę książkę w kąt. Fabuła mnie nudziła, język irytował (a przecież jest nawet podobny do tego Sapkowskiego, który tak uwielbiam!), a humor nie śmieszył wcale. Poważnie zaczęłam się zastanawiać, co ludzie widzą w tej książce, bo czułam, że tylko tracę na nią czas. Odstawiłam ją na jakieś dwa tygodnie, a gdy do niej wróciłam, po prostu przepadłam.
Debiut Jacka Łukawskiego (aż trudno uwierzyć, że autor nie ma na koncie innych książek) jest mocny. Z rozmachem stworzył pełnokrwistą fantastykę, która po prostu uderza do głowy, gdy się już w nią zagłębi. Świat, stworzony przez Łukawskiego jest, można by rzec, alternatywą średniowiecza, a język, stylizowany na staropolski, został starannie dobrany do postaci. Mieszkańcy okolicznych osad mówią gwarą, czasami nawet ciężko zrozumiałą, a oficerowie posługują się nieco bogatszym słownictwem. Bardzo mi się to spodobało tak jak to, że na stronach powieści nie znajdziemy elfów czy krasnoludów tak bardzo uwielbianych przez pisarzy fantasy, tylko nasze rodzime potwory, jak utopce czy dziwożony.
Fabuła głównie opiera się na podróży bohaterów, a akcja to ciągłe potyczki, knowania i zdrady. Postaci są dobrze wykreowane i nie są, na szczęście!, wyidealizowane. Boją się, od ciągłej walki są zmęczeni i nie zawsze wszystko idzie po ich myśli, ale autor ich nie szczędzi. Mimo to do żadnego nie przywiązałam się jakoś szczególnie. No dobra, Gwydon wzbudził moją sympatię, a mimo moich licznych prób nie potrafiłam polubić Arthorna - wydawał mi się być za bardzo tajemniczy.
No właśnie, tajemniczość - to chyba największa wada tej książki. Miałam wrażenie, że wszystko w tej książce było owiane tajemnicą, aż w końcu nie wiedziałam, o czym czytam. Myślę, że też dlatego po części na początku tak mi się ją źle czytało, bo brakowało mi jakichś większych wyjaśnień. Liczę na to, że w drugim tomie Łukawski sypnie trochę cennych informacji, bo po takim zakończeniu ja chcę więcej!
Podsumowując, jeśli lubicie dobrą polską fantastykę, sięgnijcie po „Krew i stal”. Mimo ciężkich początków, gwarantuję wam, że się nie zawiedziecie, tylko z niecierpliwością będziecie tak jak ja wyczekiwać kolejnej części.
„Krew i stal” zaczęłam od razu czytać, jak ty złapałam ją w moje łapki, ale coś nie zaskoczyło. Pierwsze sto stron, delikatnie mówiąc, były ciężkie i najchętniej rzuciłabym tę książkę w kąt. Fabuła mnie nudziła, język irytował (a przecież jest nawet podobny do tego Sapkowskiego, który tak uwielbiam!), a humor nie śmieszył wcale. Poważnie zaczęłam się zastanawiać, co ludzie widzą w tej książce, bo czułam, że tylko tracę na nią czas. Odstawiłam ją na jakieś dwa tygodnie, a gdy do niej wróciłam, po prostu przepadłam.
Debiut Jacka Łukawskiego (aż trudno uwierzyć, że autor nie ma na koncie innych książek) jest mocny. Z rozmachem stworzył pełnokrwistą fantastykę, która po prostu uderza do głowy, gdy się już w nią zagłębi. Świat, stworzony przez Łukawskiego jest, można by rzec, alternatywą średniowiecza, a język, stylizowany na staropolski, został starannie dobrany do postaci. Mieszkańcy okolicznych osad mówią gwarą, czasami nawet ciężko zrozumiałą, a oficerowie posługują się nieco bogatszym słownictwem. Bardzo mi się to spodobało tak jak to, że na stronach powieści nie znajdziemy elfów czy krasnoludów tak bardzo uwielbianych przez pisarzy fantasy, tylko nasze rodzime potwory, jak utopce czy dziwożony.
Fabuła głównie opiera się na podróży bohaterów, a akcja to ciągłe potyczki, knowania i zdrady. Postaci są dobrze wykreowane i nie są, na szczęście!, wyidealizowane. Boją się, od ciągłej walki są zmęczeni i nie zawsze wszystko idzie po ich myśli, ale autor ich nie szczędzi. Mimo to do żadnego nie przywiązałam się jakoś szczególnie. No dobra, Gwydon wzbudził moją sympatię, a mimo moich licznych prób nie potrafiłam polubić Arthorna - wydawał mi się być za bardzo tajemniczy.
No właśnie, tajemniczość - to chyba największa wada tej książki. Miałam wrażenie, że wszystko w tej książce było owiane tajemnicą, aż w końcu nie wiedziałam, o czym czytam. Myślę, że też dlatego po części na początku tak mi się ją źle czytało, bo brakowało mi jakichś większych wyjaśnień. Liczę na to, że w drugim tomie Łukawski sypnie trochę cennych informacji, bo po takim zakończeniu ja chcę więcej!
Podsumowując, jeśli lubicie dobrą polską fantastykę, sięgnijcie po „Krew i stal”. Mimo ciężkich początków, gwarantuję wam, że się nie zawiedziecie, tylko z niecierpliwością będziecie tak jak ja wyczekiwać kolejnej części.
Za możliwość przeczytania oraz zrecenzowania tej książki dziękuję Wydawnictwu SQN.