„Garść pierników, szczypta miłości” Natalia Sońska
![]() |
Natalia Sońska, Garść pierników, szczypta miłości, 364, Czwarta Strona ★★★★★☆☆☆☆☆ |
Natalia Sońska to dwudziestodwuletnia studentka, dla której pisanie jest pasją i przyjemnym oderwaniem od szarej rzeczywistości. W swojej raczkującej twórczości stara się przekazać, że życie potrafi zaskakiwać i to w dużej mierze od człowieka zależy, jak potoczą się jego losy. Wierzy w happy endy i z tą dewizą podąża również przez własne życie. Garść pierników, szczypta miłości to jej pierwsza książka, jednak zapał i głowa pełna pomysłów jednoznacznie świadczą o tym, że z pewnością nie ostatnia.
Zacznę od tego, że sięgając po tę książkę, byłam kierowana trzema rzeczami. Po pierwsze, muszę przyznać, że jestem okropnym wzrokowcem i gdyby nie ta piękna okładka, na Garść pierników, szczyptę miłości w ogóle bym nie spojrzała. Po drugie, miałam ochotę na jakąś lekką książkę ze świątecznym tłem, a po trzecie - te wszystkie wychwalające recenzje zdecydowanie zachęciły mnie do przeczytania jej. I gdyby nie to, że do tej lektury podeszłam z obniżonymi oczekiwaniami, to na pewno bym się zawiodła.
Hanka to młoda i niezależna kobieta, która cała swoje życie podporządkowała karierze dziennikarki. Po kliku nieudanych związkach postanowiła dać sobie spokój z facetami i skupić się na pracy, a myśl o zakochaniu się w jakimś mężczyźnie i założeniu w przyszłości własnej rodziny odeszła na dalszy plan. Uważa nawet, że jest lepiej, gdy nie zaprząta sobie głowy czymś takim jak miłość czy stały związek, a przelotne znajomości bez zobowiązań wystarczają jej w zupełności. Jednak nagle poukładane życie panny Bielskiej zostaje zburzone, bo na scenę wkraczają: Marek, były kochanek i obecny mąż szefowej, który chyba pragnie odnowić dawną znajomość, Wiktor, intrygujący i czarujący biznesmen, oraz fotograf Daniel.
O Hance mogę napisać tyle, że naprawdę ją polubiłam do pewnego momentu. Główna bohaterka jawiła się jako pewna siebie i zdecydowana kobieta, która zdecydowała się na życie bez facetów i czerpała z tego korzyści. Posiadała mocny charakterek i potrafiła pokazać pazurki, ale w kontaktach z przyjaciółmi czy rodziną okazywała się być ciepłą i sympatyczną osobą. A lubiłam ją tylko do pewnego momentu, bo w końcu zaczęło irytować mnie to jej lawirowanie między mężczyznami, którzy się nagle pojawili, i sytuacja później z tego wynikająca. W sumie do niczego wielkiego też nie doszło, ale wystarczyło to, aby zrazić mnie nieco do tej postaci.
O reszcie bohaterów nie mam za wiele do napisania. Kinga - dobra przyjaciółka Hanki, niewyróżniająca się niczym szczególnym na tle innych książkowych przyjaciółek głównych bohaterek. Z Wiktorem w sumie sytuacja ma się podobnie - arogancki biznesmen, uporczywie zabiegający o uwagę Wrońskiej. Imponowało mi to, że samotnie postanowił wziąć pod opiekę dzieci swojej siostry, jednak nie jest to osobowość na długo zapadająca w pamięci. Pozostali bohaterowie zalali mi się w całość, a że od przeczytania tej książki minęło już trochę czasu, nie potrafię sklecić o nich choćby jednego zdania.
Wątek romantyczny tej książki na początku wywołał u mnie lekkie zamieszanie. Autorka spowodowała mały bałagan, wprowadzając na powitanie aż trzech facetów ubiegających się o zainteresowanie ze strony bohaterki, co akurat sprawiło, że nie byłam zachwycona takim zabiegiem i zastanawiałam się, jak ona z niego wybrnie. Jednak koniec końców na szczęście pani Sońskiej udało się zgrabnie z tego wyjść, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego już na wejściu tak skomplikowała sprawę. Zaraz potem zapaliła mi się w głowie ostrzegawcza lampka, bo bałam się, że wszystko skończy się czymś na wzór Greya, ale na szczęście relacji Hani i Wiktora było daleko do tej z książek E.L. James Mimo to traktowałam ich dosyć chłodno i nawet nie kibicowałam im. W sumie było mi całkiem obojętne to czy będą razem czy nie, co jest bardzo dziwne, bo ja zawsze trzymam kciuki za główną parę.
Z tą książką mam taki problem, że została reklamowana jako ciepła, zimowa opowieść, wywołująca uśmiech i łzy, o miłości, ważnych więzach rodzinnych czy poszukiwaniu szczęścia i właśnie nastawiłam się na to, że taką otrzymam. Okazało się, że Garść pierników, szczypta miłości to taki wtórny romans, który chociaż się dobrze czyta, to jednak nie zaskakuje i nie spełnia moich, już i tak zaniżonych, oczekiwań. Zabrakło mi przede wszystkim tutaj tej rodzinnej atmosfery, tego ciepła, na które tak wyczekiwałam. Co prawda Hania ciągle mówiła o tym, jak ważne są dla niej święta z rodzicami i nie potrafi spędzić ich z nikim innym, ale samo gadanie o tym nie wystarczyło bym zrozumiała, dlaczego tak jest.
Podsumowując, uważam, że Garść pierników, szczypta miłości to nieco za bardzo przereklamowana książka jak na zwykły romans. Nie zawiodłam się na niej ani też nawet nie żałuję, że zmarnowałam na jej przeczytanie kilka godzin, ale też nie będę jej nikomu polecać, bo nie sądzę, żeby była tego warta.
Zacznę od tego, że sięgając po tę książkę, byłam kierowana trzema rzeczami. Po pierwsze, muszę przyznać, że jestem okropnym wzrokowcem i gdyby nie ta piękna okładka, na Garść pierników, szczyptę miłości w ogóle bym nie spojrzała. Po drugie, miałam ochotę na jakąś lekką książkę ze świątecznym tłem, a po trzecie - te wszystkie wychwalające recenzje zdecydowanie zachęciły mnie do przeczytania jej. I gdyby nie to, że do tej lektury podeszłam z obniżonymi oczekiwaniami, to na pewno bym się zawiodła.
„Wychodzę z założenia, że na większość wydarzeń w naszym życiu mamy wpływ i sami na nie nie pracujemy.Jeśli wiec coś nie idzie po naszej myśli, możemy mieć pretensje jedynie do siebie. Narzekając ujawniamy, jak wiele rzeczy nam nie wyszło. Nieświadomie obnażamy nasze słabości. A wystarczy mieć trzeźwe spojrzenie na świat, dystans do siebie i garstkę samokrytyki.”
Hanka to młoda i niezależna kobieta, która cała swoje życie podporządkowała karierze dziennikarki. Po kliku nieudanych związkach postanowiła dać sobie spokój z facetami i skupić się na pracy, a myśl o zakochaniu się w jakimś mężczyźnie i założeniu w przyszłości własnej rodziny odeszła na dalszy plan. Uważa nawet, że jest lepiej, gdy nie zaprząta sobie głowy czymś takim jak miłość czy stały związek, a przelotne znajomości bez zobowiązań wystarczają jej w zupełności. Jednak nagle poukładane życie panny Bielskiej zostaje zburzone, bo na scenę wkraczają: Marek, były kochanek i obecny mąż szefowej, który chyba pragnie odnowić dawną znajomość, Wiktor, intrygujący i czarujący biznesmen, oraz fotograf Daniel.
O Hance mogę napisać tyle, że naprawdę ją polubiłam do pewnego momentu. Główna bohaterka jawiła się jako pewna siebie i zdecydowana kobieta, która zdecydowała się na życie bez facetów i czerpała z tego korzyści. Posiadała mocny charakterek i potrafiła pokazać pazurki, ale w kontaktach z przyjaciółmi czy rodziną okazywała się być ciepłą i sympatyczną osobą. A lubiłam ją tylko do pewnego momentu, bo w końcu zaczęło irytować mnie to jej lawirowanie między mężczyznami, którzy się nagle pojawili, i sytuacja później z tego wynikająca. W sumie do niczego wielkiego też nie doszło, ale wystarczyło to, aby zrazić mnie nieco do tej postaci.
O reszcie bohaterów nie mam za wiele do napisania. Kinga - dobra przyjaciółka Hanki, niewyróżniająca się niczym szczególnym na tle innych książkowych przyjaciółek głównych bohaterek. Z Wiktorem w sumie sytuacja ma się podobnie - arogancki biznesmen, uporczywie zabiegający o uwagę Wrońskiej. Imponowało mi to, że samotnie postanowił wziąć pod opiekę dzieci swojej siostry, jednak nie jest to osobowość na długo zapadająca w pamięci. Pozostali bohaterowie zalali mi się w całość, a że od przeczytania tej książki minęło już trochę czasu, nie potrafię sklecić o nich choćby jednego zdania.
„Ludzką rzeczą jest się załamać, to naturalna konsekwencja posiadania uczuć. Najważniejsze, w jaki sposób i czy w ogóle potrafimy radzić sobie z problemami. Ile wart jest dla ciebie człowiek, który wszystko otrzymuje podane a tacy, a ile ten, który własnymi siłami, walcząc z przeciwnościami losu, osiąga to samo? Myślę, ze doskonale wiesz, ze wartość człowieka mierzy się nie tym, co posiada, lecz tym , w jaki sposób to osiągnął, prawda?”
Wątek romantyczny tej książki na początku wywołał u mnie lekkie zamieszanie. Autorka spowodowała mały bałagan, wprowadzając na powitanie aż trzech facetów ubiegających się o zainteresowanie ze strony bohaterki, co akurat sprawiło, że nie byłam zachwycona takim zabiegiem i zastanawiałam się, jak ona z niego wybrnie. Jednak koniec końców na szczęście pani Sońskiej udało się zgrabnie z tego wyjść, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego już na wejściu tak skomplikowała sprawę. Zaraz potem zapaliła mi się w głowie ostrzegawcza lampka, bo bałam się, że wszystko skończy się czymś na wzór Greya, ale na szczęście relacji Hani i Wiktora było daleko do tej z książek E.L. James Mimo to traktowałam ich dosyć chłodno i nawet nie kibicowałam im. W sumie było mi całkiem obojętne to czy będą razem czy nie, co jest bardzo dziwne, bo ja zawsze trzymam kciuki za główną parę.
Z tą książką mam taki problem, że została reklamowana jako ciepła, zimowa opowieść, wywołująca uśmiech i łzy, o miłości, ważnych więzach rodzinnych czy poszukiwaniu szczęścia i właśnie nastawiłam się na to, że taką otrzymam. Okazało się, że Garść pierników, szczypta miłości to taki wtórny romans, który chociaż się dobrze czyta, to jednak nie zaskakuje i nie spełnia moich, już i tak zaniżonych, oczekiwań. Zabrakło mi przede wszystkim tutaj tej rodzinnej atmosfery, tego ciepła, na które tak wyczekiwałam. Co prawda Hania ciągle mówiła o tym, jak ważne są dla niej święta z rodzicami i nie potrafi spędzić ich z nikim innym, ale samo gadanie o tym nie wystarczyło bym zrozumiała, dlaczego tak jest.
Podsumowując, uważam, że Garść pierników, szczypta miłości to nieco za bardzo przereklamowana książka jak na zwykły romans. Nie zawiodłam się na niej ani też nawet nie żałuję, że zmarnowałam na jej przeczytanie kilka godzin, ale też nie będę jej nikomu polecać, bo nie sądzę, żeby była tego warta.